Przejdź do treści
Home » Blog hidden » Luksus na miarę ameryki

Luksus na miarę ameryki


FOTO: Ostatni krzyk mody w Indiach – pralka w wersji ręcznej, Nadaje się do prania wszystkiego, najlepiej spodni, pościeli i butów. Jej zaletą jest prosta obsługa:) jak dobrze, że moje rzeczy mogę prać w hotelu, gdzie pracuję! Dla wątpiących. Tak to jest moja łazienka.
Foto: prysznic na ulicy – chyba nie mam co tak narzekać na swój:)

Dziś sobota. Pozwoliłam sobie na dwa luksusy w stylu europejskim. Po pierwsze miałam trening w PwC. Budynek niczego sobie, więc po 3 godzinach tam zapomniałam, że jeszcze w Indiach  jestem. Normalne, klimatyzowane, czyste sale, pokój konferencyjny jak na SGH, poczułam się jak na zajęciach:) Trening był o niczym, i właściwie to była strata czasu, ale przynajmniej nie musiałam iść do pracy i przypomniałam sobie cywilizację. Po drodze zrobiłam trochę zdjęć, ale na bloga nie ma jak tego wrzucić, muszę coś nowego wymyślić. Podobny problem z filmami. Przy tej prędkości internetu jesteście skazani tylko na tekst. Ostatnio czekałam godzinę, aż załaduje się 1-minutowy film. I nic:( Szkoda czasu. Drugi luksus to prysznic:) Miałam dziś ciepły prysznic!!! Może zbyt dumnie to brzmi, ale… Kupiłam sobie miskę, nagrzałam wody grzałką i już! Mała rzecz a cieszy.

Wieczorem udałam się do świątyni bogini Kali. Pozazdrościć pobożności ludu… Tłumy do tej świątyni ściągały z całej Kalkuty. Chociaż tutaj tłumy są tak normalnym zjawiskiem, że powinnam już dawno przestać się tak ciągle dziwić. Zdjęć w środku niestety nie można było robić, ale mogliśmy wejść. Musieliśmy zdjąć buty i paradować na boso. Wewnątrz kwitnie handel. Jest pełno mnichów, którzy usiłują nakłonić przybyłych do złożenia dotacji, a także ludzi sprzedających kwiatki w różnej postaci, które trzeba zanieść w ofierze temu bożkowi. To zabawne jak się podgląda inną religię. Wszystko wydało mi się takie śmieszne, jak dzwonienie w dzwonek, przystawianie czoła do każdej krawędzi czy też to chodzenie na boso. Ale z drugiej strony, jak ktoś popatrzy na katolickie kościoły, to może mieć takie samo wrażenie. Też mamy sporo niezrozumiałych dla innych kultur rytuałów. Oczywiście handel przyświątynny także kwitnie – tam właśnie kupiłam miskę na prysznic. Zdarli znowu ze mnie, ale nie będę się spierać o 2 rupie… Chociaż może powinnam, bo tu chodzi o samą zasadę, że ktoś robi ze mnie głupka. Jak chociażby z bindi… To taka kropka, którą przykleja się na czoło. Kupiłam za 5 rupii opakowanie 15 sztuk. A tydzień wcześniej próbowałam kupić te kropki i dostałam cenę 100 rupii. Przecież to mnie nawet obraża…. anyway… Najgorzej wybrać się na zakupy z kimś z naszego mieszkania, bo wtedy widzą, że jestem obcokrajowcem. Kiedy jestem sama, zagadują sobie do mnie w bengali albo hindi. Ja się uśmiechnę, że niby rozumiem, pokiwam głową i łatwiej się potem negocjuje. Albo tak mi się tylko wydaje:) No wiem, czasem się nie da udawać, przecież widać, że jestem obcokrajowcem na kilometr. Chyba wiedzą, że turysta… Dlatego chodzę z postanowieniem, że będę się uczyć ich języka, wtedy mistyfikacja będzie bardziej wiarygodna. Jakoś na razie nic nie robię w tym kierunku. No bo jeśli kupię książkę, to i tak nie znam wymowy, a już widzę jak mam zaparcie do nauki na pierwsze 2 dni, a potem klapa. 2 dziewczyny chodzą tu na zajęcia z hindi, ale one jakoś dużo za to zapłaciły. Trudny wybór – spa czy kurs języka:) Oprócz tego, że chodzą to tak jakoś mało się uczą. To już ja więcej powiem z tego co podsłuchałam i zapisałam. Chociaż ostatnio bardziej po japońsku mi wchodzi. Bo to tak śmiesznie brzmi. Sho mnie uczy. Wszyscy się uczymy. Bo hindi to trudny jest…

Mam poczucie, że mało znam jeszcze to miasto. Na razie rzucają mi się w oczy różne paradoksy, których już nawet wszystkich nie pamiętam. Dziś w środku miasta spotkałam stado kóz przy ruchliwej ulicy. Innym razem widziałam znak „nie trąbić” przy drodze co jest zupełnym absurdem – wszyscy trąbią, ten znak nie ma racji bytu tutaj, bo trąbieniem to oni chyba sygnalizują, że silnik im działa. Śmiać mi się chce gdy widzę pasy dla pieszych lub światła. ahahaha! Wiem, że ciężko to zrozumieć, ale to tak jakby pójść na łąkę w szpilkach. Ludzie przechodzą przez ulice jak popadnie i gdzie popadnie, starając się, żeby ich nic nie rozjechało. Tak, fajnie, że są pasy, ale nikt ich nie używa. Tak samo światła. Pisałam już o prawie większego. Po prostu nie ufam tu ani światłom ani pasom. I jestem zdziwiona, że w ogóle są. Apropo paradoksów – codzienna rozmowa w domu expatów. O czym rozmawiamy? Dziś koleżanka opowiadała jak poszła wymiotować do toalety w jakimś miejscu, a tam jej się zrobiło jeszcze gorzej od tej toalety:) Temat problemów gastrycznych jest tu absolutnie normalny, więc nikogo to nie brzydzi. Ale ja byłam w stanie wyobrazić sobie to co ona czuła. Kiedy źle się czujesz i myślisz, że gorzej być nie może, a od tego smrodu i brudy jednak może. Biedna…

FOTO: niespodzianka – w środku miasta, zaraz obok najbardziej ruchliwej ulicy, znalazłam stado kóz i pastuszka Zajmują połowę jezdni

Co jeszcze? O! to jest dobre: przyjechał nowy praktykant z AIESEC:) Co w tym dziwnego? Że to zawsze jest dla wszystkich niespodzianka. Ale po kolei. W naszym międzynarodowym mieszkaniu w Alipore (przypomnę, że mamy 2 mieszkania symetryczne, jedno nad drugim) mamy ciągłą rotację – jedni przyjeżdzają, inni wyjeżdżają. Ale akurat teraz jest taki czas, że niektórzy już przyjechali, a ci co mają wyjechać, jeszcze nie wyjechali. Przedwczoraj przyjechała Kolumbijka i wykroiliśmy dla niej ostatni kawełek materaca. Szczęściara, bo dla tego co przyjechał dziś już naprawdę nic nie ma. I nazywamy go teraz „chłopak bez materaca”. To jest trochę śmiech przez łzy, bo ja już sobie wyobrażam co on musi teraz czuć. Jeszcze żeby z Polski przyjechał, jakiś zaprawiony w koczowaniu w schronisku górskim. A on z Londynu 😀 To musiał być szok… No i przychodzi taki, a ludzie mu mówią, że no wiesz, sorry, ale nie mamy dla ciebie miejsca. I to przecież nie jest złośliwie, materace się skończyły. Ale gdzie w tym wszystkim są organizatorzy? Poznałam tu ok 20 expatów i każdy jest z tą samą historią. Nie byłam pierwsza, ani ostatnia, której nie odebrano z lotniska. Ale przynajmniej dostałam materac. Przed przyjazdem każdy ma przedstawiony ten sam pakiet – takie są zresztą ogólne zasady w AIESEC, niezależnie od tego w jakim zakątku ziemi odbywasz praktyki. Idea jest taka, że lokalna jednostka organizuje na miejscu praktyki lub wolontariat, mieszkanie oraz transport z lotniska. Oczywistą rzeczą jest, że celem takiej wymiany jest doświadczenie kulturowe, więc częścią pracy lokalnego oddziału AIESEC jest także wprowadzenie w życie lokalnej społeczności, oprowadzenie po mieście, i jakaś taka ogólna pomoc w przystosowaniu się do skrajnie innego klimatu. W końcu wszystkim zależy na miłych wspomnieniach. Przecież nie przyjechałam tu po 600 PLN miesięcznie. Tymczasem od przylotu do wczoraj nie widziałam nikogo z AIESEC (i to było przypadkowe spotkanie), historie z lotniska już opisałam, mieszkanie (ciesze się, że jest) pozostawia wiele do życzenia, no i powinnam się cieszyć, że mam swoje praktyki, bo wiele osób, które przyjeżdżają, zostaje z niczym. Tak, tak – okazuje się, że przelecieli pół świata na wolontariat, po to żeby dowiedzieć się, że on się jednak nie odbędzie. Ale zanim się tego dowiedzą, muszą jeszcze ogarnąć się sami na lotnisku i znaleźć nasze mieszkanie squattersów (mieszkamy przecież jak bezdomni, którzy włamali się do pustego mieszkania). My nigdy nie wiemy kiedy przyjeżdża nowa osoba. A przyjeżdzają o rożnej porze – rano, wieczorem, w nocy. I wszyscy są wtedy zaskoczeni. My, że ktoś nowy przyjechał, i oni – że nikt nic nie wie. Teraz to już mnie nawet cała ta sytuacja śmieszy, choć śmieszna nie jest. Ktoś pozostaje po prostu bezkarny. AIESEC tutaj jest fikcją, i mam nadzieje, że nikt przez to nie napyta sobie biedy. Z bezradności mówimy tutaj „this is INDIA” (to są Indie) – działa za każdym razem kiedy nie ma racjonalnego wytłumaczenia na to, co się właśnie dzieje. Są pewne rzeczy, które takie są po prostu i nie da się tego zmienić… Można się starać i próbować, a one i tak się nie zmienią. Weźmy dla przykładu lokalną filię AIESEC w Kalkucie, która jest odpowiedzialna za nasze lokum, nasz przyjazd, praktyki i bezpieczeństwo. Tylko ja wiem ile przeszłam czekając kilka miesięcy na dokumenty, potem na lotnisku, a potem mieszkając w tych warunkach. Każdy z praktykantów na początku walczył, pisał skargi, prosił i nic. Potem to po prostu akceptował lub wyjeżdzał. Od kilku tygodni wiadomo już, że nie mamy tu miejsca na nowe osoby. Ludzie jednak ciągle przyjeżdżają, ale nikt nie wyjeżdża… HELOŁ!!! AIESEC tylko obiecuje, że coś zrobi, ale na tym się kończy. Najśmieszniejsze jest to, że jeden Hindusek z lokalnego oddziału AIESEC był u nas wczoraj, i nawet został później na imprezę, na która nikt go nie zaprosił (!) Ani słowem nie powiedział o tym, że ktoś nowy przyjeżdża. Gdyby impreza potrwała dłużej to razem moglibyśmy przywitać tego nowego z Londynu. A tak mieliśmy sami niespodziankę o poranku, a on mógł się ogrzać w blasku obcokrajowców (bo pokazanie sie z obcokrajowcem podwyzsza twój prestiż). Okazało się, że tym nieproszonym aiesecowcem był koleś, który był odpowiedzialny za mój przyjazd. A raczej wszystkie problemy ktore z tym miałam – brak komunikacji, papierów na czas, brak odebrania z lotniska. Jak go dorwalam, to nie mogłam przestać wylewać swoich żali prze kolejne 20 minut. Zapytałam go „Czy możesz sobie wyobrazic życie w takich warunkach? Na podłodze, w takim ścisku i bez wody, lodówki i kuchenki?” To było pytanie retoryczne, ale on na nie odpowiedział ”No ale ja tak mieszkam”

Pauza.

Myślę….

Albo kłamie, albo… this is India…

Chyba nie zrozumiał pytania. Jak tak można mieszkać. No dobra, jak tam woli, ale ja tak nie chce mieszkać. No sami powiedzcie, co myślicie?

Takie małe sprostowanie – w ostatnim poście miał być film, ale łączą są słabe i się nie załadował. Będę próbować do skutku. Jeśli ktoś zna jakieś rozwiązania na ten problem, to wszelkie sugestie na ten temat w ilości dowolnej przyjmę na maila:)

JESTEŚ TAM? TO PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *