Przejdź do treści
Home » Blog hidden » o pracy w chrome hotel

o pracy w chrome hotel


Oooo! Sukces, właśnie znalazłam połączenie internetowe w mojej chałupce. Tylko trochę to dziwne, bo mam połączenie, ale go nie mam. Tzn, świeci się lampka, ale strony się nie ładują. Komputer pokazuje, że ma wysłane i odebrane pakiety danych, ale przeglądarka nie działa. Jakieś sugestie?? Oooo, już przestał działać:( Chyba jednak to była fatamorgana… Ciężko spodziewać się internetu w mieszkaniu, w którym nie ma ciepłej wody i elektryczności czasem. W końcu są priorytety.

Przyjechałam do Indii na praktyki. Ale praca nie jest celem pobytu tutaj. Jak wszyscy, którzy tu przybyli chcę poznać tutejszą kulturę i jak najwięcej zwiedzić Indie. Ale niektórzy, tak jak Robin, z którą pracuję, są pracoholikami. Mi to oczywiście nie grozi, ale przez nią moje życie w tej pracy jest trudniejsze. Bo wyobraźcie sobie, że ona jest zawsze 10 minut przed czasem. No to jakaś zbrodnia jest:) Do tego zostaje po godzinach… a nasz dzień pracy to 9-10h. W dodatku bez szemrania przychodzi do pracy w sobotę. To już zakrawa na skandal! Myślę, że gdybyśmy powiedziały, że nie chcemy pracować w soboty, to dałoby się to z hotelem załatwić. Ja skróciłam swoje praktyki z 6 do 4 miesięcy, podobnie można było negocjować z czasem pracy. Jakaś taka pilna się znalazła… Ona chce chodzić do pracy w sobotę, jest tu dłużej ode mnie i ma potrzebę się wykazać, więc teraz takie negocjacje są już spalone. Po 6 dniach pracy w tygodniu, nie mam czasu ani siły nic zwiedzać. Dodatkowo to jest praca cały dzień – min 9h plus dojazdy. W najgorszym dniu wyszłam rano z domu o 7;30 a wróciłam do domu o 9 wieczorem. I to był tylko czas na pracę i dojazd. Ech…

Powoli jednak przyzwyczajam się do takiego niewolniczego trybu pracy i z każdym dniem jest coraz łatwiej… Praktyki odbywam w dziale sprzedaży i marketingu w Hotelu Chrome w centrum Kalkuty. Na początku, zanim trafiłam do swojego działu, przez około tydzień miałam różnego rodzaju treningi. Polegało to na tym, że przez ten czas niby miałam coś robić, ale oni chyba sami nie wiedzieli za bardzo co, więc trochę bez sensu snułam się po hotelu, robiąc ważną minę. Bo w sumie, jako obcokrajowcy, mamy tu nie najgorszą pozycję. W Indiach jest bardzo wyraźna hierarchia – wszystko co powie manager jest święte. Praktykanci-obcokrajowcy, czyli ja i Robin, znamy wszystkich managerów i czujemy się z nimi swobodnie, więc reszta personelu traktuje nas też jak managerów. Śmiechowo trochę, bo można poczuć się jak szyszka, którą się nie jest:) Ale wracając do pracy – idea tych pierwszych dni była rozsądna: miałam zapoznać się z każdym działem w hotelu, abym wiedziała w jakim środowisku pracuję, z jakim produktem mam do czynienia, do kogo się zwrócić w razie pytań i jakoś tak ogólnie ogarnąć o co w tym wszystkim chodzi. Idea słuszna, tylko wykonanie słabe, ale to już chyba domena Hindusów. Czasami siedziałam cały dzień i czekałam, aż ktoś wreszcie sobie przypomni, że miał mi zrobić szkolenie. Nie miałam sztywnego grafiku, a na spotkania czekałam w pokoju HR. Myślałam, że ktoś to ogarnia, ale chyba jednak nie. Szybko się zorientowałam, że nikt nie miał ochoty mnie szkolić, co mi nawet było na rękę. Hotel to jedyne miejsce gdzie mam dostęp do internetu, i zwłaszcza w pierwszym tygodniu, gdy miałam tyle wrażeń, wolałam podzielić się nimi na blogu lub zadzwonić do bliskich. Więc jakoś specjalnie się nie domagałam wiedzy i spotkań. Za to od poniedziałku trafiłam wreszcie do działu, w którym docelowo mam pracować. Sprzedaż i marketing. Szumnie brzmi, ale to raczej nowoczesna akwizycja. Wszyscy w kółko mi powtarzali, że będę musiała sprzedawać pokoje, gdzieś dzwonić i jeździć… Czarna magia, za Chiny nie mogłam sobie tego wyobrazić. Jak ja to będę robić – obcy człowiek, w obcym kraju. Gdzie będę jeździć, i po co? Logicznie rzecz biorąc jeśli jest hotel, to tam są pokoje, i trzeba je komuś wcisnąć:) Bo hotel zarabia jeśli ma pełne obłożenie. Część osób zadzwoni do hotelu bezpośrednio lub z ogłoszenia i zarezerwuje pokój. Część osób trzeba zachęcić. I tu wchodzi dział, do którego trafiłam. Tak jak wspominałam rodzaj akwizycji, ale nawet mi się to podoba.

Ale po kolei… Hotel Chrome nastawiony jest na biznesmenów i stara się pozyskać grupowe rezerwacje z firm. Cały dział sprzedaży (czyli 2 Hinduski pracujące na stałe – Parvati i druga, oraz 2 praktykantki – Robin i ja) ma za zadanie nawiązać relacje z dużymi i mniejszymi przedsiębiorcami, aby w efekcie Hotel Chrome stał się preferowany przy rezerwacji pokoi podczas podróży służbowych. Praca polega na spotykaniu się z różnymi firmami (czasem szefami, a czasem nie) i promocji hotelu. Ale to nie takie proste i oczywiste. A może jest, sama się zgubiłam… Nie umiem chyba tego dobrze wytłumaczyć. Po prostu ta praca bardzo skomplikowana jest:) Najtrudniej znaleźć kontakt do osoby decyzyjnej w firmie. Najpierw trzeba wytypować listę firm (jak? nie wiem…) a potem dziewczyny starają się dotrzeć do największych szyszek w tej firmie lub do kogoś decyzyjnego w sprawie organizacji podróży służbowych. Bo zawsze jest w firmie ktoś, kto te hotele rezerwuje, czyli de facto decyduje, gdzie umieści delegację firmową. Kto to jest? Cóż, takie informacje na krzaku nie rosną. I na tym polega ta praca. Najpierw na znajdowaniu nowych kontaktów, potencjalnych klientów a także nowych źródeł informacji i dojść. Dobre przygotowanie jest kluczowe. Łatwiej przyjść na recepcję na umówione spotkanie niż próbować zrobić to na miejscu. Łatwiej umówić się na miejscu gdy znam imię człowieka, z którym chcę się spotkać, niż powiedzieć ogólną nazwę działu. Gdy już jest kontakt w firmie czas na etap nr 2, czyli rozeznanie się wewnątrz firmy – kto jest decyzyjny w sprawie rezerwacji hoteli i jak trafić do tej osoby, a także jaki jest potencjał zamówień. Nikt się nie chce spotykać z ludźmi z ulicy, lepiej trafić do takiej osoby po telefonie od prezesa firmy niż od sekretarki. Dopiero potem można przejść do sedna (etap nr 3) czyli budowania długotrwałych relacji z różnymi firmami. Kiedy jest już dojście do firmy, i wiadomo, kto rozdaje karty trzeba utrzymywać kontakt z taką osobą. Tu jest freestyle, bo nie chodzi przecież o to, żeby opowiadać tylko o hotelu i jego promocjach, ale zbudować poczucie bezpieczeństwa, że w razie ważnego spotkania możemy pomóc. W praktyce ta praca wygląda różnie. Raz spotkasz się z sekretarką, potem przez parę miesięcy z asystentem, a dopiero potem (jeśli masz szczęście) z CEO firmy. Sposób promocji też jest różny. Czasem rozmawia się wprost o hotelu. Można zaprosić taką osobę, żeby przyszła zobaczyć hotel, pokoje i resztę. Czasem zaprasza się taką szyszkę na darmowy obiad do hotelowej restauracji Khana Sutra. Byłam też na spotkaniach, gdzie przez godzinę nie padło żadne słowo o hotelu. Na razie jestem po opieką Parvati. To jej styl pracy opisuję, ale każdy ma inny. Parvati odwiedza jedną firmę zwykle raz na 2 tygodnie. Stara się być w ciągłym kontakcie z nimi. Dzięki temu jest na bieżąco z planami, wie z wyprzedzeniem o planowanych wydarzeniach firmowych i delegacjach, może dopytać się o wrażenia z pobytu gości w hotelu, czy rozwiązać problemy, jeśli takie są. Dziennie ma ok 5 takich spotkań. Czasem spotkanie zajmuje tylko 10 min, a czasem ponad godzinę. Czasem trzeba się umówić na spotkanie z wyprzedzeniem, a czasem można wpaść bez zapowiedzi.

A jak to wygląda z mojej perspektywy? Na razie jestem słuchaczem – obserwatorem. W poniedziałek byłyśmy w Izbie Handlowej Hindusko-Amerykańskiej a potem w Indyjsko-Chińskiej. Tam rozmowy głównie o kontaktach, różnych firmach, ploteczki, kto robi biznes, kto się rozwija. Wypiliśmy 2 herbatki, czas szybko zleciał i nawet mi się podobało. Następne dni były podobne. Ja i Parvati jeździłyśmy do rożnych firm i spotykałyśmy różnych ludzi – od sekretarki po CEO. Tematy rozmów też różnorodne: od ściśle rzeczowych (opowieści o hotelu, ofercie i promocjach) przez biznesowe (rozwój firmy lub rynku) po ploteczki i ciekawostki – czyli jak ci się podoba Kolkata. To Parvati organizuje spotkania i plan dnia. Ja mam być jej cieniem i takim asystentem przydupasem. Do dyspozycji ma samochód i kierowcę. Na początku czułam się jak piąte koło u wozu, bo chodziłam za tą Parvati jak pies. Ona do mnie nic nie mówiła, czasem nawet mnie nie przedstawiała na spotkaniu, więc nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Wyjść czy co? Na spotkaniach zawsze była rozgadana i sympatyczna, ale potem w samochodzie nic do mnie nie mówiła. Nigdy nie informowała mnie gdzie idziemy i co będziemy robić. Tylko krótkie komendy. Na pytania nie odpowiadała. Ja wiem, że zadaje dużo pytań, ale mogłaby odpowiedzieć chociaż na niektóre:) A w tych tłocznych budynkach i na ulicy bałam się, że mnie gdzieś zostawi, więc naprawdę pilnowałam się jej jak piesek:) Jakoś tak dziwnie było i sama nie bardzo wiedziałam jaka w tym procederze moja rola. Czy ona ma mnie za karę? Albo boi się o swoją pozycję? W każdym razie to nie było miłe przywitanie. Obrałam strategię na przeczekanie i postanowiłam obserwować. Z każdym dniem jest jakoś lepiej, bo zaczęłam rozumieć jaki jest rytm dnia. Wiem czego się spodziewać i łatwiej mi się już odnaleźć w tym, co robimy. Rano Parvati wykonuje kilka telefonów i maili, ja w tym czasie uzupełnienie bazę danych (czyli przepisuję dane z wizytówek, które zebrała Parvati, do pliku w xls), następnie Parvati robi jakiś ogólny plan działania (który jest dla mnie tajemnicą) a potem jedziemy w miasto. Po drodze telefon dzwoni milion razy. Zawsze staram się zapytać kogo teraz spotkamy, po co tam jedziemy i co będziemy robić. Ale rzadko dostaję odpowiedź, którą rozumiem. Albo jakąkolwiek. Wiec chodzę za nią nadal, żeby się nie zgubić… Ostatnio zauważyłam mniejszą niechęć:) Chyba coraz bardziej mi ufa – poznałam po tym, że mogę nosić jej notatnik. Awansowałam. Do tego – szok – mogłam się odezwać na spotkaniu! Zazwyczaj na spotkaniach siedziałam cicho i słuchałam konwersacji, czasem jednak Parvati mówiła w hindi/bengali, więc myślałam wtedy co zjem na obiad:) Dziś wielka zmiana, bo udało mi się przeprowadzić pierwszą rozmowę:) W miarę na poziomie na temat kryzysu i ekonomii globalnej. Moja podstawowa wiedza wystarczyła, żeby zrobić na niej trochę wrażenia, i udowodnić, że jednak potrafię mówić, bo od tego czasu zaczęła mnie przedstawiać na spotkaniach. Powtarzała też to, co mówiłam na wcześniejszych spotkaniach i jakoś tam wprowadzała do rozmowy. Tematy rozmów bardzo się powtarzają, co powoli zaczynało mnie już nudzić. Historie Parvati o tym, jak to miała ciężko na początku w biznesie hotelowym jako kobieta znam na wylot. A w sumie to mało interesujący monolog jest. Ona bardzo dużo gada, ale niestety głównie o sobie lub o hotelu. Nie ma miejsca na konwersacje. Czasem tak się rozgada, że nie zauważy, że rozmówca usnął, a ona w kółko to samo opowiada. Wszystko rozumiem, każdy ma swój styl, ale przecież jest milion tematów do rozmów. Poza tym, tym szyszkom, z którymi się spotykamy, to szkoda czasu na pierdoły. Oni chcą się wygadać, poczuć ważni, potrzebują kogoś kto im przytaknie i potwierdzi ich mądrość. A nie papla cały czas o sobie. Zresztą, jak do tego nie podejść, to chodzi jednak o rozmowę 2ch stron, a nie monolog tylko jednej. Na takich spotkaniach nie robi się biznesów. Chodzi o to, żeby ktoś cię zapamiętał i dobrze kojarzył, a jeśli miło spędził czas, to dobrze pomyśli też o hotelu. Okazuje się, że wcale nie trzeba o hotelu tyle gadać, żeby zbudować jakieś relacje. Tak więc ja dziś rozmawiałam o kryzysie w Stanach, o zimie w Polsce, o moich planach na przyszłość, o szukaniu pracy w USA, o eksterminacji Żydów, o Slumdogu, o ujemnym GDP Niemiec (a właśnie, czy mają jeszcze ujemny?), o potencjale Indii… i już sama nie pamiętam co jeszcze. Tyle tematów, a Parvati na każdym spotkaniu mówi to samo – że jest matką 2 dzieci, że ja wczoraj byłam zobaczyć inny hotel i że tęsknię za Polska… Mało ma swoich tematów… Potem nawet „ukradła” mi temat o kryzysie i opowiadała, że w Stanach na pozycję kelnera było 150 chętnych… To historia autentyczna, bo w wakacje byłam w USA, a to było akurat po upadku banku Lehman Brothers i sytuacja na rynku pracy była nieciekawa. Trochę się dziwnie czułam jak ktoś opowiadał moje historie. Ale nie ważne, bo rezultat jest taki, że zaczęła mnie trochę doceniać, no i może wykorzysta do czegoś innego niż noszenie notatnika.

Wreszcie przestała mnie też porównywać z Robin. Nie lubię porównań, działa to na mnie demotywująco. Dopiero przyjechałam, nie ogarniam tej pracy tak jak Robin, w końcu jest tu już od jakiegoś czasu. Tego nie da się nauczyć w 3 godziny. Robin nie jest też dla mnie wyznacznikiem standardów, jest napompowana i sztuczna. Tym bardziej cieszę się, że nie jestem jak ona. Nie dzieli się wiedzą i lubi pokazywać, że ma tu inną pozycję. Zabawne bo mieszkamy i pracujemy w jednym miejscu, zaczynamy pracę o tej samej godzinie, ale do pracy chodzimy oddzielnie. Nigdy nie zaproponowała mi, że pokaże mi drogę do pracy, albo powrotną, nie podzieliła się radami z pracy (w końcu robimy to samo). Lubi podkreślać, że ona jest już poważnym pracownikiem, bo ma swoich klientów, samochód i kierowcę. Cóż, nie przyjechałam tu dla kariery w hotelu, ale żeby dobrze się bawić, a ta dziewczyna połknęła kij od szczotki:/ Oto jak mnie kiedyś Robin przywitała w pracy. W biurze mamy być o 8;30, ale na początku pracy w moim dziale nikt mi nie dawał żadnych obowiązków, więc nie miałam za bardzo co robić. Przez bite 2 godziny patrzyłam się w sufit, dopiero potem Parvati zabierała mnie na miasto. Fajnie, bo mam czas na internet, ale wolałabym się wyspać:) Któregoś dnia, gdy w biurze byłyśmy same z Robin podzieliłam się z nią refleksją, że skoro nie mam co robić rano i nikt mnie nie potrzebuje, to równie dobrze mogłabym przychodzić trochę później. Skomentowała krótko, nawet bez patrzenia w moją stronę: „Przecież przyszłaś później”. Tego dnia byłam 10 minut później. To przecież idealnie mieści się w timingu, myślę nawet, że byłam na czas:) Chodziło mi o to, żeby przychodzić na 10;30 zamiast 8;30, ale chyba nie złapała. Nie ma między nami chemii, powiedziałabym, że rywalizacja, ale jednostronna (bo ja nie biorę w niej udziału). Szkoda, bo mogło być sympatycznie. A tak mam rudą wiewiórkę, która donosi. Może jakieś kompleksy ma?

Foto: Tak wygląda hotel Chrome. Robin to ta ruda – miała pecha bo dała się ubrać w to wdzianko. Obok mnie Sudipta – HR manager

Mam wrażenie, że moja dzisiejsza historia wyszła długa i chaotyczna… Wiele rzeczy ciężko opisać. A tyle się dzieje. Przypomniało mi się, że dziś częścią naszej pracy była wizyta na targach inżynierskich. Jakieś tranzystory, transformatory, kompresory, ja nie umiem tego nawet nazwać.. Jakieś urządzenia demo, tu jakaś para wylatuje, tu jakieś lampki się świecą… Średnio interesujące dla kobiet biznesu:) Pewnie dlatego byli tam sami faceci i my dwie. Parvati zbierała wizytówki, a ja teraz robie z tego bazę danych. Równy podział pracy…. Widziałam nawet jeden folder firmy, która miała oddział w Polsce. Ucieszyłam się, ale potem doczytałam, że postawili nas w jednym szeregu z Sudanem i Pakistanem. To chyba nie ma się czym chwalić.

JESTEŚ TAM? TO PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *