Przejdź do treści
Home » Blog hidden » pożegnanie Sho

pożegnanie Sho



Jest czwartek i właśnie wyjechała pierwsza osoba, którą tu poznałam. Sho wrócił do Japonii. Szkoda, bo było z nim zabawnie. A może dla niego nie szkoda, bo wrócił do cywilizacji. To on pierwszy przywitał mnie w mieszkaniu. Zawsze był chętny do imprezowania. Wiedział jak się konserwować na zewnątrz i od wewnątrz:) Albo właśnie miał pić, albo już pił, albo był w trakcie:) Rzadko spotykam obcokrajowców, dla których imprezy i picie są tak ważne:) Ale z drugiej strony, skoro on uważał, że po 2 piwach jest już wstawiony, to chyba nie łapie się w nasze polskie kategorie:) Zapytaliśmy go o pierwszą rzecz, którą zrobi, gdy przyjedzie do Tokio. Powiedział, że napije się z przyjaciółmi:) To są priorytety! Trochę uczyliśmy się nawzajem obcych zwrotów. Umiem nawet kilka słów po japońsku! Arigato, konnicziła, ajsziteru, suszi, Tokio, wataszino, namaueua… ups język mi się poplątał… Przykro, że wyjechał, ale trzeba myśleć pozytywnie! Są też plusy – dostałam wreszcie swój klucz do mieszkania (do tej pory nie miałam i czasem musiałam czekać na schodach), przejęłam po nim poduszkę (wcześniej miałam tylko poszewkę na jasiek kupioną tutaj, wypchaną polarem z guzikami – sprawdziłam, mało to wygodne:) No i wreszcie odgruzowaliśmy szafę i wrzuciłam tam parę swoich klamotów! Zaczynam się zadomawiać, dziś nawet rozmawiałyśmy z dziewczynami, żeby kupić tanie saree i zrobić z tego zasłonki:) Jakoś to będzie

FOTO: zegnamy Sho w BBQ. Stan na 17 grudnia – ok 20 praktykantów z całego świata

Doszłam dziś do wniosku, że prysznic w misce to wcale nie jest taki milowy krok do przodu. Potrzeba dalszych usprawnień. Wprawdzie woda w misce ciepła, ale jak się ochlapię na górze, to zanim skończę na dole, to na górze już mi zimno, więc właściwie wychodzi na to samo, co z zimną wodą. Tyle, że zimny prysznic ma to do siebie, że trwał nie dłużej niż 2 sekundy:) Poprzedzony oczywiście rozważaniami, czy na pewno jestem brudna i czy jest konieczny… Rozmawiając o czystości… wczoraj wyszliśmy wszyscy na dużą kolację do restauracji, aby pożegnać Sho. Bylo nas ze 20 osób, ale nie o tym (znowu ta gałąź). Wracamy taksówką z kolacji, nagle jedna koleżanka wypala, że ma „itchy head” (swędzącą głowę). Uuuu, powiało grozą i dobra atmosfera nagle prysła. Wszyscy zrobili wielkie oczy i zaraz delikatnie się od niej odsunęli. W sumie całkiem możliwe, że coś na nią przeskoczyło, gdyż na co dzień miała wolontariat w jakiejś zapyziałej szkole z dziećmi, które pewnie na głowie miały całe zoo… Anyway… siła sugestii jest duża, i za chwilę czułam już, że właściwie to mnie też coś swędzi…. Wróciłam do swojego pokoju, położyłam się na moim seledynowym prześcieradle (trochę już przybrudzonym – w końcu do podłogi blisko) i rozmawiam przez telefon, kiedy nagle spostrzegłem małego robala…. Podskoczyłam, szybka myśl wpadła mi do głowy, że to pająk. Niewiele myśląc po prostu zabiłam dziada. Potem nabrałam wątpliwości. Zaraz, zaraz, jak właściwie te wszy wyglądają… Nie miałam czasu tego ustalić. Okazało się, że nie zabiłam tego czegoś, bo wyszło z chusteczki. Reinkarnacja. Więc dobiłam, obstawiając, że to jednak był pająk.. Trudno jednak potwierdzić, bo potem już nie dało się poznać co to 😛

Ale dosyć o pierdołach. Z bardziej życiowych tematów, to chciałam ostatnio kupić papier toaletowy. To nie jest taka prosta sprawa. Hindusi nie używają papieru… Dla niewtajemniczonych dodam, że wrażenia z wizyty w toaletach hinduskich – bezcenne. Ten wąż w ścianie zawsze wyglada tak egzotycznie. Czasem nie ma węża, jest tylko kurek i kubełek. I brak instrukcji obsługi. Wracając do meritum. Cena papieru toaletowego – cztery rolki, kolor biały, miękkość trudno sprawdzić przez folię – 240 rupii. Dla porównania to półtorej bluzki, prawie dwa szaliki albo wypasiony obiad w restauracji. Zawsze pozostaje wąż… Tak w ogóle to zaczyna mi się tu podobać nawet. Pewnie jak to piszę, to jutro stanie się coś takiego, że znowu będę chciała wracać. Ale tak tu już jest, coś cię zachwyci tylko po to, żebyś się zagapił i wdepnął w psią kupę… No właśnie, nie mam zwyczaju patrzenia pod nogi… Przydatny nawyk tutaj. Dziś tak się zapatrzyłam na te wystawy różne, że… Uf, nie wdepłam:) Nie, nie, nie – to nie tak jak w Polsce, żadne witryny – raczej dziura w ścianie, sklep przydrożny, ludzie tam śpią, żyją, jedzą, sprzedają wszystko chyba, brudno, ciężko opisać. Noo i w jednej takiej dziurze w ścianie wisi sobie obrana koza, a w misce dwa łby nieobrane, jeszcze w krwi trochę, fuj… Z kolei jak patrze pod nogi, to mi się niedobrze robi, bo … a zreszta, nieważne… co wam będę opowiadać:)

FOTO: sklep wersja podstawowa. tu handel kluczami, tematycznie, pewnie maja kartel cenowy:)
FOTO: to jest sklep wersja lepsza

Ostatnio zaczęłam myśleć, jak można ulepszyć to nasze mieszkanie, żeby żyło nam się lepiej. Może faktycznie jakieś saree przerobić na firanki, albo ściany pomalować, albo jakieś wycinanki z bibułki (kwas Twoje CV by się przydało, masz jeszcze?) Jeszcze wczoraj myślałam, żeby stąd uciekać, ale dziś już myślę, że jakoś dam radę. Może. Umówiłam się z jedną dziewczyną na zwiedzanie świątyni hinduskiej w niedzielę. To mój jedyny dzień wolny, więc trzeba dobrze zaplanować. Jakoś wena mi się skończyła. Miałam napisać coś wreszcie o mojej pracy, ale ja nie umiem zwięźle, a to długi temat… dobranoc!

EDIT: kurczę… siedzę właśnie w pracy, jest 9 rano, mam wpisywać coś do bazy danych (nuda)… a tu puścili kolędy… co oni o kolędach wiedzą?? albo choince?? postawili jakiegoś stracha na wróble i ma udawać choinkę, a Święty Mikołaj wyglada jak matrioszka:/ I śniegu nie ma… i jakoś tak, te święta tu nie pasują:( och, niech to już szybko minie

1 komentarz do “pożegnanie Sho”

JESTEŚ TAM? TO PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *