Przejdź do treści
Home » Blog hidden » COS SIE KONCZY COS ZACZYNA

COS SIE KONCZY COS ZACZYNA

Zegnamy Auckland i NZ. Albo raczej „Do zobaczenia!”
Długa droga do domu. Auckland, Sydney, Singapur, Londyn, Warszawa
Poniedziałek i wtorek 14-15.03.16 
Dziwne uczucie. Wcale nie czujemy ze wracamy. Własciwie to wygląda na kolejny odcinek podrozy. Mamy wrazenie ze wieki nas w Polsce nie było, tyle sie przeciez wydarzyło. Wszystko było idealnie, nawet jak nie było, to takie własnie miało byc. Lubię ten stan. To jak narkotyk, na jakis czas nam starczy a potem bedziemy chcieli znowu i wiecej. Bo tylko wtedy czujemy sie tacy wolni. Zyjemy jak chcemy, czerpiemy z zycia wiadrami. Bo mozna!
Jak by nie patrzec 40h podrozy przed nami. Ale trzeba to zjesc po kawałku, wiec myslimy w krotkim horyzoncie i wyznaczamy sobie mniejsze cele. Pierwsze wyzwanie to wstac o 5, potem oddac samochod, potem dostac sie na lotnisko, spakowac odpowiednio bagaze i check in. Jest rano, wiec nie wszystkie obwody juz stykają, a okazuje sie ze nie ma nas na liscie pasazerów. Nawet nie bardzo sie przejelismy, w sumie to moglibysmy zostać. Ale połazilismy to tu, to tam i jednak moglismy wracać… szkoda:/
Z Auckland lecimy do Sydney, a tam okazuje się, ze mamy 7 godzin postoju. Hmmm… co by tu zrobic. W sumie nigdy nie widzielismy Sydney, a kto by nie chciał zobaczyc słynnej opery. Zaczelismy pytać, gdzie, co i jak i „wjechalismy” na pare godzin do Australii. To juz 2gi raz w tym sezonie:) W sumie nie wiemy czemu wczesniej na to nie wpadlismy. Bagaze zostawilismy w przechowalni (tylko podreczne, bo główne były nadane od razu do Warszawy), ogarnelismy jakis darmowy przewodnik i drogę do centrum. Mielsimy w sumie 3h na Sydney, co jak na nas jest niezłym wynikiem. Poprzedniego dnia w Auckland bylismy tylko godzine. Zresztą, było tak gorąco, ze po takim czasie łazenia w słoncu mielismy juz dosyc. Co za para, ja z dziurą w palcu a Bartus z otartą piętą. Nie bylismy przygotowani na zwiedzanie, wiec na dodatek bylismy w ciuchach tranzytowych przygotowani na powrot do mroznej Polski, a nie na zwiedzanie Sydney. Ale warto było, strasznie sie ugotowalismy, ale widoki jak z obrazka. Jeeee bylismy w Sydney:)
Potem do Londynu lotem 24godzinnym z miedzyladowaniem w Singapurze. Tam jeszcze jedni wsiadali inni wysiadali. Zalezało nam na miejscach przy oknie na taki długi lot, bo jest troche wiecej miejsca, ale musielismy sie niezle nagimnastykować aby takie dostać. W Auckland, dostalismy losowe miejsca i dopiero w Sydney znalezlismy ukryte na 3 pietrze pod schodami biuro British Airways gdzie po paru magicznych sztuczkach sie udało. Czyli jednak mozna:) Nie dajcie sobie nigdy wmówić, ze sie nie da. Zawsze jest jakis sposob.
Najbardziej cierpielismy z powodu braku jedzenia. Bo po jedzeniu samolotowym czujemy sie fatalnie, a po takiej podrozy, to lepiej nie mowic. Mielismy postanowienie ze nie bedziemy jesc zadnych gotowych posiłków. Zaopatrzylismy sie w warzywka (niezle jak na 40 h lotu) i jakos wytrzymalismy.  Nawet udało nam sie troche przespac. W Londynie czulismy się juz jak w domu. Po tej samej stronie globu to juz nawet powietrze znajome. Jeszcze chwila i bylismy na polskiej ziemi. Nareszcie własne łózko:) trzeba nabrac teraz sił przed kolejną podrózą…

Bo to tylko kwestia czasu. My ciągle jestesmy w podrózy, Bo zycie to podróz:)

Do usłyszenia następnym razem:) Over!
PS. Zrobilismy dokładnie 6 109 km po NZ i prawie 700 po Australii. Rekord USA nie pobity, ale tez i kraj mniejszy. Nie spodziewalismy sie ze to az tyle.

Jesc czy nie jesc, oto jest pytanie!
O! Tu byłem!


Podnoszenie sztangi.. albo raczej czysta radość na widok mostu Sydney Harbour Bridge


Bardzo interesująca konstrukcja stalowa i to z 1932 roku, trochę rdzewieje ale i tak trzyma się nieźle
Opera, widok z mostu Sydney Harbour Bridge
Bo w Australii nie mają wróbli tylko papugi. Chyba nie była jadowita:)
Całkiem niezle jak na 40tą godzinę lotu:) Papaaaa

JESTEŚ TAM? TO PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *