Przejdź do treści
Home » Blog hidden » Himalaje

Himalaje

Dlaczego ciagle nie mam czasu?? tyle rzeczy chce zrobic, nawet takich prostych, posprzatac, ogorki kupic i nic… dobrze ze czas na jedzenie mam:) znaczy zawsze znajde… zatem wrocilam z Himalajow:) wycieczka krotka, ale jakie widoooki:) wyruszylismy podobnie jak ostatnio w sobote wieczorem. tym razem podroz w pociagu byla lepsza, bo juz nie tak zimno bylo. twardo, ale dalo rade. niestety, Bartek sie rozchorowal. ale co sie dziwic skoro liscia z ulicy zjadl… supermen sie znalazl. ja po 2 miesiacach bym tego kijem nie tknela, a on radosny po paru dniach chwali sie ze probowal. I ze mu nic nie bedzie, bo czego to on juz nei robil i gdzie to nie byl:) Okej… w kazdym razie teraz wie czym to grozi. Rano dojechalismy do New Jailpaguri a dalej do Darjeeling zlapalismy jeepa. 3 godziny po kretych serpentynach na zboczach gor. To niesamowite ze tam gdzie w polsce juz tylko szlaki gorskie tu jest jeszcze cywilicacja i nawet kolejka waskotorowa mozna dojechac. Darjeling polozone jest na wysokosci gdzies ponad 2000 metrow. Piekne malownicze miejsce z setkami domkow na zboczu gory… ech… znalezlismy pokoj z widokiem na himalaje i wyruszylismy na rozeznanie terenu. Byl chinski nowy rok i jakies swieto dla tybetanczykow, a tam duzo uchodzcow jest, wiec duzo miejsc bylo zamknietych. Zimno tam strasznie bylo. znaczy w dzien jeszcze jakos dawalo rade. W kalkucie cieplo bylo, i nawet zastanawialismy sie czy brac polary… cale szcescie rozsadek zwyciezyl:) w nocy spalismy jak balwanki, we wszystkim co mielismy ze soba. chlopaki nawet kupili sobie tybetanskie czapki, ja szalik. Nawet goracy prysznic nie pomogl. bo najpierw trzeba bylo zdjac tych kilkanascie warstw a potem je znowu zalozyc. w miedzyszasie mozna bylo zamarznac albo conajmniej odmrozic sobie nos:)aaa, no i wody bylo tylko w malym bojlerze, wiec druga osoba musiala sie spieszyc:) ludzie tu zupelnie inni. tacy bardziej chinscy. skosne oczy, ale tacy brazowi bardziej. Jedzenie to chyba tybetanskie popularne tutaj, ale niestety wszystko bylo zamkniete bo ten nowy rok… Kalkuta nas przyzwyczaila do jedzenia na ulicy i roznorodnosci jedzenia. Dopiero teraz rozumiem co mowili mi ludzie wczesniej, ze to wlasciwie specjalnosc kalkuty. Bo nigdzie indziej tego nie ma. cale ulice zastawione kuchniami polowymi, egg rolle, kulki serowe, gotowany szczur… chociaz w sumie to nie wiem jak w innych duzych kilkunastomilionowych miastach bo nie bylam… wracajac do darjeeling. Gory cudowne! Himalaje widzialam!!! wstalismy nawet o 3.30 na wschod slonca nad gorami. aleee zimno bylo. a my nic na rozgrzanie nie mielismy. ladnie bylo. najpierw ciemno potem troche swiatla tam daleko na horyzoncie, a potem juz widno, a slonca jeszcze nie ma, a potem wreszcie slonce:) a widok gor w tym sloncu…. mhmmmmmm… i poranne mgly. ech, zdjecia to nic przy tym co widzielismy. o 9 bylismy w naszym miasteczku i czulismy jakby pol dnia juz minelo. a to dopiero sniadanie. zdjedlismy na tarasie z widokiem na Konczandzange czy jakos tak (3 najwyzszy szcyt swiata – ponad 8500 metrow). miejscowka fajna, i jedzenie nawet dobre. ale co za obsluga. dostalismy zupelnie co innego niz zamowilismy, ale i tak zjedlismy bo czekalimsy wieki i bylo mi juz wszystko jedno. wiedzialam ze cos pomyla. bo jak sobie nie zapisal to potem sie dziwic…. nie zostawilismy im napiwka. potem poszlismy zobaczyc zoo z podobno unikalna fauna syberyjska… well… nie bylo tam nic ciekawego, wiekszosi zwierzad nie bylo, nie mieli sloni ani zyrafy, za to mieli pande ktora wygladala jak przerozniety lis. co oni, pandy nie widzieli. Najbardziej smial sie Edi, w koncu on najwiecej o pandach moze powiedziec. po drodze kupilam troche przypraw do domu na ulicznym straganie. byl to szafran (dementuje plotki o kardamonie) – w nitkach jakby co:) i cynamon. ale ten cynamon to wygladal jak kora drzewa. ale pachnial wiec kupilam, mimo ze do tej pory nie widzialam cynamonu w takiej postaci. wlasciwie nie wiem jak rosnie. kupilam, ale najwieksza glupota tu to wierzyc hindusom. bartek tez kupil:) totem sie smialismy, ze pewnie zeskrobali jakiejsc kory i posypali cynamonem zeby pachnialo i wmowili glupim turysta ze to cynamon. a potem ci glupi turysci zamiast kawy z cynamonem pija sobie kawe z deska… hihi.apropo kawy… raz poszlismy, byla okropna, ale nie o tym (tak wypilismy z deska). chcialam kupic sobie sernik do kawy. no bo chyba cheese cake to sernik, nie?? nawet poprosilam zeby mi podgrzali… tak, tylko to byl cheese cake z serem zoltym i cebula. slaba kombinacja… po zoo postanowilismy odwiedzic centrum uchodzcow tybetanskich. maja tam podobno sklep z produkowanymi przez siebie szalami, wiec ja koniecznie chcialam tam isc. po drodze powiedzieli nam ze to tylko 5-6 min w tamta strone… okej, gdyby ktos kiedys byl w indiach, to jedna wazna zasada! NIE WIERZYC HINDUSOM! po ponad polgodzinnym marszu zaczelismy sie zastanawiac czy nieprzeoczylismy tego miejsca. w koncu ktos nam pokazal maly punkcik na odlegly, wzgorzu. ladne mi 5-6 min… ale bylismy juz w polowie, wiec wracac bez sensu. zaden jeep nie chcial nas zabrac, to zlapalismy stopa. koles podwiozl nas kilka kilometrow, ale przed nami i tak byla jeszcze wspinaczka na szczyt (to prawie jak zdobywanie mount everestu). na miejscu okazalo sie ze nic tam nie ma!!! albo raczej wszystko zamkniete bo ten nowy rok (w lutym,!!!!) ech… nawt nie ma gdzie odpoczac. Kirill stwierdzil ze chce wejsc jeszcze wyzej i zabral Ediego. Jak sie potem okazalo spotkal tam jakiegos tybetanczyka ktory jechal sobie po chinczykach. biedny edi nie wiedzial co ze soba zrobic:0 Z kirillem jakos slabo sie udala wycieczka – caly czas robil problemy, chcial robic wszystko inaczej niz reszta, i wogole ciezki w rozmowie byl. szkoda… to chyba jednak nie jade do st petersburga. spotkalismy sie potem na objedzie, zrobilismy zakupy a o 8 spalismy jak zabici. i tak dlugo wytzrymalismy… nastepnego dnia poszlismy zobaczyc plantacje herbaty. bo to miejsce az roi sie od ogrodow herbacianych. teraz jeszcze nie sezon, wiec nie jest tak zielono, a fabryki sa zamkniete, ale i tak robi wrazenie. zwlaszcza jak ktos nie widzial nigdy jak herbata rosnie:) Poszlismy do happy valley, tam poznalismy staruszke ktora robila niezly biznes na tej herbacie. ale mila byla, to dalismy jej zarobic (sporo…) za szklanke herbaty skasowala nas 50 rupii (normalnie 10 kosztuje) i kupilsimy jeszcze troche sypanej herbaty. ale najsmieszniejssza hstoria byla z Edm. Przed wyjazdem Mark puscil plotke, ze Chinczycy potrzebuja specjalnego zezwolenia zeby jechac w tamte strony. Edi sprawdzil i nic takiego nie trzeba miec, ale na wszelki wypadek postanowil udawac ze jest z korei poludniowej. no i za kazdym razem – skad jestescie? no z polski rosji… i korei… my wybuchalismy smiechem. ale u ten starszej pani na herbacie ona miala takie ksiegi wpisow. i potrafila powiedziec chociaz dzien dobry w kazdym jezyku. po koreansku potrafila powiedziec calkiem soro… najpierw dala ediejm te wpisy po koreansku zeby sobie poczytal, a potem zaczela do niego gadac. ja myslalam ze umre ze smiechu. i tenjego bezradny wyraz twarzy…ahahahaha. jak wyszlismy stwierdzil ze on woli byc jednak chinczykeim. hihihi. ubaw nie z tej ziemi:)potem zebralismy nasze manatki i juz do jeepa trzeba bylo sie zapakowac. chlopaki mieli wracac dzien wczesniej, ale im sie spodobalo i wracali z nami:) jak sie pozniej okazalo dobrze ze wyjechalismy, bo dzien pozniej byly tam jakies protesty. Te tereny walcza o utworzenie nowego stanu Gorhaland i co jakis czas blokuja ulice i manifestuja. nic groznego chyba, ale nic wtedy nie jezdzi i wszystko zamkniete… Pozdroz przebiegla o dziwo spokojnie. najwiecej problemow mielismy przed sama stacja. opoznienie chyba tylko z godzine i to wszystko na odcinku 2 minuty przed koncowa stacja. chyba tylko w indiach pociagi moga stac w korku… zebym wiedziala ze tak blisko jestem, to pieszo bym poszla. sponilam sie troche do pracy przez to… aaa, to slaby pomysl pracowac po takiej podrozy…wprawdzie ze 2 godziny spedzilysmy na kupowianiu sareee dla parvathi… rajuu, kobety na calym swiecie sa takie same jesli chodzi o zakupy. i ja myslalam ze swoje saree kupowalam dlugo! phi. ona przezucila chyba wsyztsko co tam bylo, dwie sterty saree, a ci kolesie to juz nie wiedzieli jak kolo niej chodzic:) aaa, bo saree kupuje sie tak: siedzi sie na kanapie i pomocnicy przynosza ci saree i rozkladaja przed toba. ale to glupie rozwiazanie jest. ja bym wolala sama wejsc i sobie powybierac. i nie rozumiem dlaczego faceci sprzedaja saree. no nigdzie nie sprzedaja kobiety. skad oni moga wiedziec cos o modzie?? i ktory facet doradzi lepiej kobiecie niz druga kobieta? zwlaszcza ze ci co tam sprzedaja to jakies parobki… no coz moze tym kobieta wszystko jednoco nosza… albo potem sie konczy przegladem wszystkiego co maja na poklkach jak u parvathi…

JESTEŚ TAM? TO PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *