Przejdź do treści
Home » Blog hidden » jak nie wykrzyczysz to nie bedziesz mial

jak nie wykrzyczysz to nie bedziesz mial

Wrocilam. I powiedzialabym ze wycieczka super gdyby nie wydarzenia ostatniego dnia czyli niedzieli. Do tej pory jak o tym mysle to jestem zdenerwowana, i rzuca to cien na wszystkie przygody jakie mielismy. A moze to po prostu fakt ze jestem juz zmeczona indiami i czas wracac do domu. Jestem pewna ze za kilka dni nie bede pamietac feralnej niedzieli, i bede to opowiadac tylko jako smieszna anegdotke, ale teraz jeszcze to jest we mnie. wiec jesli ktos mnie dzis zapyta jak wycieczka to powiem ze hindusi to banda idiotow. niedziela – ostatni dzien w Delhi. O 20 samolot do Kalkuty. zwiedzilismy i przezylismy tak wiele, ze ostatni dzien mial byc przyjemny i bez pospiechu. zamowilismy nawet taksowke 17.30, zeby potem nie latac z bagazami po ulicy i targowac sie o cene. o 17 poszlismy cos zjesc, a ze nie mamy za duzo czasu, to przed zamowieniem zapytalismy sie ile bedziemy czekac na jedzenie. 5 minut. wow, serwis na miare ameryki. jak wszystko tutaj, bo przeciez oni sa najwspanialsi i maja wzrost pkb 10%. po 30 minutach gdy nie dostalismy glownego dania zdecydowalismy ze wychodzimy i zaplacimy za to tylko co dostalismy. ale nadal glodni bylismy, to postanowilismy ze wezmiemy na wynos to zjemy w samochodzie. Bartek czekal w restauracji a ja poszlam zatrzymac taksowke zeby nam nie uciekla. po 15 minutach spotykam Bartka bez jedzenia. Okazalo sie ze zapakowali nam w plastikowe worki – w jeden ryz a w drugi sos. ahahaha, ciekawe jak mielismy to zjesc. Bartek nie chcial za to zaplacic i musial sie wyklocac, ale najgorsze w tym wszystkim ze nie bylo jedzenia. a jak czlowiek glodny to zly. pold drogi na lotnisko przezywalismy jeszcze ta nieszczesna jadlodajnie. ale prawdziwa katastrofa czekala nas dopiero na lotnisku. Bartek glodny, wiec pierwsze co chcial to jesc. mielismy jeszcze ponad godzine do odlotu, ale stwierdzilam ze najpierw sie odprawimy zeby miec bagaze z glowy. troche sie martwilam, bo przy bukowaniu przestawilam literki w imieniu i balam sie ze ktos sie do tego przyczepi. ale nie. juz mialam odchodzis a oni pytaja mnie o karte kredytowa (ktorej nie mialam przy sobie bo placilam z konta mamy). ja oczy jak piec zloty, od kiedy ktos sprawdza karte kredytowa przy odlocie. na to pani, ze nie moge leciec bo ona musi zweryfikowac karte i skoro jej nie mam, to musze zaplacic za ten bilet jeszcze raz a na karte zwroca pieniadze. po takich wakacjach i zakupach bylismy splokani na maksa. mialam tylko 500 rupii ze soba, wiec oczywiscie nie moglismy tego zrobic. zreszta, po cholere mam placic drugi raz za bilet. najpierw troche nie uwierzylam i paradoks tej sytuacji mnie zdezorientowal. wiec pytam sie tej lalki czy chce mi powiedziec ze zaplacilam za bilet i nie moge leciec? juz szykowalam ciezkie dziala, kiedy zabrali nas do drugiego okienka. cala procedura sie powtorzyla – masz karte? – nie mam_ to nie mozesz leciec. Razem z Bartkiem dostalismy takiej piany na usta, ze jak to, ze kupilismy bilet, ze musmy byc w kalkucie dzis, ze robia nam problemy, ze pracujemy tutaj, ze jestesmy obcokrajowcami, ze od kiedy to takie panstwo prawa, skoro w indiach wszystko mozna – jechac pod prad, chodzic do lazienki w trakcie ladowania, nawet kupe na srodku ulicy mozna zrobic, ale do samolotu mozna wejsc tylko z karta. z drugiej strony jak zdarta plyta, ze nic nie moga zrobic, ze w regulaminie jest napisane ze posiadacz karty musi byc pasazerem i karte trzeba okazac do weryfikacji i ze nie mozemy jechac. po dalszych krzykach stwierdzili ze moge im ewentualnie wyslac faks (znaczy ze mama moze). napewno o 12 w niedziele w Opocznie mozna wyslac w ciagu 5 minut faks. bo przeciez wszyscy maja faksy. potem kazal wyslac mi skan. stwierdzil ze w kazdej wiosce w Indiach o kazdej porze kazdy moze wyslac skan czy faks wiec dlaczego nie moglabym ja z polski. co za imbecyl, chyba nie byl na tych wsiach co ja. baa, nawet w miastach nie maja tu takich mozliwosci. moze mu sie przysnilo. powiedzialam ze jedyne co moge zrobic to podyktyowac im numer, a oni ze werbalnie to ich nie urzadza, bo kazdy moze powiedziec cokolwiek. potem stwierdzili ze oni moga zadzowic, ale juz nie byli tacy szybcy jak powiedzialam ze dzwoncie do polski. Bartek krzyczy, ja krzycze, ze ja pracuje ze bartek pracuje, jak nie bedziemy w pracy to maja nam oddac stracone pieniadze za dzien zalatwic hotel i zapewnic jedzenie.w koncu sama zadzwonilam do mamy bo nie moglam sie doczekac na smsa. i mowie to gadajcie z mama, ale ona nie mowi po angielsku. to juz nie chcieli gadac. i tak mialam, mame przy uchu, i glupkow przed soba i na dwa fronty rozmawialam. Tylko biedna mama nie wiedziala o co chodzi. w koncu skupilam sie na tych numerach a Bartek dokonczyl dziela i kiedy bylam gotowa wyrwac im boarding pass z gardla, Bartek oswiadczyl ze wystarczy podac im ten numer. to wszystko trwalo chyba z godzinbe. sama nie wiem jak sie nam to udalo, a jeszcze bardziej nie wiem, jak proste i oczywiste rzeczy moga byc utrudnione w Indiach. wydaje sie proste. 2+2+4. ale tu nie, tu 4,5. a dlaczego? bo tak. ale przed chwila bylo 4. ale teraz jest 4,5. chcialismy wejsc na taras widokowy(cos jak platforma przed wejsciem) przy budynku (okazalo sie pozniej ze to ministerstwo). wchodzimy z boku po schodach. za chwile zolnierze nas wolaja, ze nie wolno. a glaczego? to nam odpowiedzieli ze bariera jezykowa nie pozwala im na wyjasnienie tegho. ciekawe tylko ze poinformowali nas o tym po angielsku.okej, poszlismy. kawalek dalej drugie schody. weszlismy po nich nie tylko na platforme ale i do tego budynku, zdrobilismy zdjecia i wyszlismy druga strona. ale tam nie mozna, a 20 m dalej juz mozna. no i wez tu badz madry. wpakowalismy sie do samolotu, ale to nie byl koniec naszych przygod. nastepnego ulamka spotkalismy w samolocie na siedzeniu przede mna. oparlam noge na siedzeniu i przez przypadek dotknelam goscia przede mna. przeprosilam, a noge nadal trzymalam na siedzeniu (na swojej stronie). on sie odwraca i kaze mi zdjac te nogi. ja mowie ze nie, jestem po swojej stronie i nic mu do tego co ja tu robie. jak to w indiach zaraz milion wscibskich oczek pojawilo sie przy nas. jakis koles przyszedl do naszego siedzenia slyszac klotnie i autorytarnym tonem kaze mi zdjac nogi. ja sie pytam czy on tu jakas sluzba pozadkowa jest – bo to byl tylko pasazer. i mowie ze nie zdejme. to on – ze wzywa policje. to ja – prosze bardzo, powodzenia. zrobilo sie male skupisko obok nas wiec przyszla steewardesa. juz nie chcialo mi sie dalej ciagnac tej sprawy, bo z idiotami nie da sie dyskutowac, i usiadlm normalnie, ale glupota tych ludzi nigdy nie przestanie mnie zadziwiac. za czszescie za 10 minut ladowalismy i nie musialam dluzej znosic tych ulamkow. na koniec trafila nam sie jeszcze felerna taksowka. stalam w dlugasnej kolejsce do prepaid taxi (placi sie wczesniej za taksowke, i nie trzeba sie wyklocac o cene ozniej). w miedzyczasie Bartek szukal czegos na zewnatrz za podobna cene, zeby bylo szybciej. w koncu znalazl, na 2 osoby przed koncem kolejki. koles zgodzil sie nas zabrac za 300. troche to dziwne mi sie wydalo, bo nikt nas nie chcial za tyle zabrac. ale jak to w indiach.: ile bedziemy czekac, 5 minut? – tak tak. za 300 do new alipore – tak tak. nie rozumiesz mnie?- tak tak. dlaczego – tak tak. jestes idiota? – tak tak. yes yes wystepuje w roznych wariacjach – yes my lord, yes sir, yes madame. wiec chyba na zasadzie „tak tak” dostalismy taksowke za 300, bo jak tylko zapakowalismy sie do taksowki koles sie odwraca i mowi ze on za 400 jedzie. myslalam ze go tam zjemy! w koncu stwierdzil ze za 350 i wezmie jeszcze jednego pasazera. tazk na niego nakrzyczelismy ze sie wreszcie zamknal i jechal, ale moglismy to zrobic przynajmniej po polsku – zrozumial by tyle samo… dojechalismy i wydal nam tylko 150 reszty. wiec Bartek wyrwal mu jeszcze 50 z reki. i tak sie skonczyl nasz ciezki dzien. Nikt mnie nie ostrzegal przed przyjazdem ze 80 procent nie ma mozgu, a z tych co maja uzywa go tylko 1%. God!

JESTEŚ TAM? TO PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *