Przejdź do treści
Home » Blog hidden » Jak przejechać 100km do San Diego w 5 godzin

Jak przejechać 100km do San Diego w 5 godzin

12.09.2014 piątek
 
Ale jak to… To juz? Koniec?? Tak po prostu mamy już sobie wrócić? I nie będziemy codziennie pakować się i wsiadać do naszego samochodu? Ale jak to… Właśnie znaleźliśmy jakiś motel w San Diego, w dzielnicy La Jolla (wszelka zbieżnośc przypadkowa, nazwa myląca, czyta się la-ho-ja). Sands of La Jolla – bardzo fajny jak za tą cene, ale bez klimy. No może jakoś damy rade, wzięliśmy na 2 noce, żeby jutro nie było już problemu. Wypakowaliśmy tez wszystko z samochodu i tak smutno się zrobiło. Sporo tego nagromadziliśmy przez 3 tygodnie. A jaki brudny jest… Teraz ciemno to nie widać:) W ogóle nie dociera do nas ze to już koniec naszej wyprawy. Po prostu zaczynamy kolejny odcinek, tylko teraz jakoś inaczej. No bo to się nie może tak szybko skończyć…

 
Dziś juz chyba nie byliśmy tak wydajni jak wczoraj, ale i tak rozciągnęliśmy dzień do granic możliwości. W sumie jak sie teraz zastanawiam, to nie wiem kiedy udało nam sie wcisnąć to wszystko w nasz napięty harmonogram. Zdarzyliśmy nawet sie pokąpać po drodze w oceanie.  Chyba jakiś stres przedwyjazdowy poczuliśmy, i staramy sie ze wszystkim jeszcze zdążyć.
Rano zeszło nam dłużej, bo zaspaliśmy, ale za to oszczędziliśmy czasu na śniadaniu. Bartus zrobił owsiankę z mikrofali na wynos i jakoś przeżyliśmy. Pojechaliśmy jeszcze do Hollywood, aby zobaczyć  słynny znak z bliska za dnia. Pełno turystów a wzgórza Hollywood nawet w połowie nie były tak ładne i bogate jak wzgórza Beverly Hills. No chyba ze trafiliśmy na złą stronę ( a to w sumie możliwe). Na pożegnanie spacer po Hollywood blvd za dnia, ale było tak gorąco i tyle dziwnych typów ze poddaliśmy sie i ruszyliśmy dalej. Los Angeles to 2 największa metropolia w USA, ale to tylko dane oficjalne. Myślę, ze nielegalnych imigrantów i niezameldowanych jest znacznie więcej, wiec pewnie to największe skupisko ludzi w stanach. Było ogromne, głośne i brudne. Autostrady po 6 pasów w jedna stronę i zakorkowane!  Dlatego podróż przez miasto zajmuje tyle czasu. Bardzo sie cieszyliśmy ze już sobie jedziemy, chociaż zajęło nam chyba ze 2 godziny zanim byliśmy na przedmieściach.


Holywood Blvd i WQalk of Fame. Oszustwo, bo bo gwaizdy na chodniku nie są za sławe ale za pieniądze:) Kazdy moze sobie kupić swoją, jak zwykle wszystko to kwestia pieniedzy 
w Holywood byliśmy tez:)
 

GPS pokazywał nam tylko 2h drogi z LA do San Diego, więc spokojnie sobie jechaliśmy. Ale my pobiliśmy rekord chyba, i zajechaliśmy w 5. Oł jee! Pojechaliśmy dłuższą drogą i podziwialiśmy nabrzeże (teraz to przynajmniej było coś widać, nie to co w Big Sur). Po drodze stanelismy jeszcze na kawę, na ostatnie zakupy w outlecie i wreszcie gdzieś w połowie drogi zobaczyliśmy ładną plaże, więc musieliśmy się pokąpać. Na przedmieściach San Diego trochę się pogubiliśmy bo tyle tam zjazdów i rozjazdów. I wreszcie o 19 zaczeliśmy szukać motelu, bo wcześniej nic nie zarezerwowaliśmy. I całe szczęście, bo to zawsze daje więcej elastyczności:)
 


motel na ostatnia chwilę



No i jestem znowu w San Diego…. Szkoda, że mamy tak mało czasu. Mieszkamy niedaleko Pacific Beach, dzielnicy gdzie wcześniej pracowałam. Pita Pitt już nie ma, teraz są tam jakies lodowe kanapki. Ale idea ta sama, nawet lada podobna.  Byliśmy też w PB Sushi na Garnet street, gdzie pierwszy raz sushi mi tak smakowało. Tym razem trochę przekombinowalismy, bo wzielismy jakieś udziwniane pieczone i smażone, a amerykanie zrobili z tego sushi hamburgera. Dodali jakies sosy, majonezy, posypali serem… A przecież sushi zawsze było takie lekkie… No nic, za dużo tego, ledwo się po tym ruszaliśmy. Pokręcilismy się tam jeszcze trochę i zrobiło mi się sentymentalnie, gdzie nie poszłam to coś mi się przypominało – a to tu jadłam tacos, a tu chodziłam do sklepu, a tu było molo, a tam jeszcze coś innego. Generalnie to bardzo fajna wakacyjna miejscowość, w PB dużo młodych ludzi, Bartus bardzo polubił to miejsce. Dla mnie było to po prostu miejsce pracy, i nie widziałam tu nic specjalnego. Jak tu byłam poprzednim razem to na plazy może byłam ze 3 razy przez ponad 2 miesiące… Teraz jest zupełnie inaczej:) Jedno z fajniejszych miast, które odwiedziliśmy.



california sushi, tym razem w formie hamburgera


Po zmroku obowiązkowa wizyta w McDonald przy Sports Arena, w którym pracowałam. Ale opcja, tego maca już nie ma, a na jego miejscu stoi jakis inny, wypasiony, jak z filmu science fiction. Chyba najbardziej nowoczesny mac jakiego widzieliśmy. Można było samemu komponować kanapki… Nic nie wzięliśmy oczywiście, bo po tym sushi nie było miejsca:) Byliśmy już mega zmęczeni ale jeszcze rundka po osiedlu gdzie mieszkałam z Brazylijczykami. No i tyle zwiedzania – jakis MC, jakies osiedle, jakas ruchliwa ulica. Aż dziwne że Bartusiowi to się podobało…


Dzień skonczylismy jak przykładni Amerykanie w WallMarcie. W końcu trzeba było zwrócić sprzet biwakowy. Troche nerwów, uda się… nie uda… Bartus się strasznie krępował, więc to ja robiłam z siebie głupka. Ale nic, poszliśmy na pewniaka, najwyżej się nie uda: „dzien dobry” „dzien dobry” „O chcecie oddać rzeczy”… No i poszło lepiej niż myśleliśmy. Jeszcze tylko nas zapytali „Is it broken?” (czy jest zepsute), „yyyyyy, no!” I oddali nam kase za pompke i namiot. Materac można było tylko wymienić na inny. Szkoda, bo ostatnim razem oddawałam bez problemu. Nie pasował nam ten materac, bo duży, ciężki i nam niepotrzebny. Wzięliśmy samopompującą się matkę i przekonaliśmy panią, że to taki cienki materac. Poszło:)

Dzień jak codzien pelen wrażen, nie mogę uwierzyć ze jutro to już ostatni. Wstajemy o 6 bo mamy mnóstwo planów!

z ciekawostek: solidna konstrukcja – domek z pazdziocha

 

JESTEŚ TAM? TO PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *