Przejdź do treści
Home » Blog hidden » San Diego na pożegnanie

San Diego na pożegnanie

13.09. 2014 sobota


No i skończyło sie rumakowanie. Właśnie oddaliśmy samochód i wracamy do San Diego autobusem. Bo gapy jesteśmy i nie zwróciliśmy uwagi ze wybraliśmy miejsce na odstawienie samochodu  nie w samym miasteczku, a 3 wsie dalej. A tu nie ma wkdki ani za bardzo rozwiniętego transportu publicznego, wiec sie błąkamy teraz od autobusu do autobusu. Cały problem polega na tym, ze autobus jeździ „mniej więcej”, np raz na godzinę. Ale jak się przychodzi na przystanek to nie ma się pojęcia czy właśnie był czy dopiero będzie, po prostu mamy się spodziewać autobusu w przeciągu godziny. To siedzimy i czekamy, może przyjedzie:)


No i przejechał… czekaliśmy na przystanku w druga stronę… jaaaaa, czy to jest naprawdę możliwe? My to nawet normalnie samochodu nie możemy oddać, tylko zawsze jakieś przygody:) Jeszcze tak zazdrościliśmy, ze po drugiej stronie już jest, bo my czekalismy z jakimś bezdomnym… no tak, ciezkie jest życie w stanach bez samochodu…




wesoły autobus, a za nami ktos przyciął komara:)


Bo do tej pory plan zrealizowaliśmy prawie bez zarzutu. Lekki poślizg o poranku – zamiast o 6 wstalismy o 9-tej „Hahaha, classic” (a to z Hangover). Szybkie sniadanie w Ihoop, tym razem gofer i najbardziej czekoladowy naleśnik jakiego w zyciu widziałam dla Bartusia. Chciał wziąć pełną porcje, czyli 4 naleśniki ale ostatecznie wziął porcje dziecięcą z jednym. I cale szczęście, bo tego jednego nawet nie mogliśmy wepchnąć w siebie. I to miała być porcja dziecięca? Chyba dla jakiegoś amerykanskiego tłuścioszka… naleśnik byl tak czekoladowy ze juz nawet Bartus miał dość. Myślałam, ze to niemożliwe:) jak na takie ilości  cukru, które tu pochłaniają, San Diego wygląda naprawdę schludnie.  Normalni ludzie jak w Europie, prawie nie widać tych grubych gąbek na elektrycznych wózkach. Bo  do tej pory nie widzieliśmy tu ani jednego niepełnosprawnego na wózku. A wózków bylo naprawdę dużo. Wszyscy byli po prostu tak grubi, ze nie chciało im sie chodzić, tylko się wozili. Swoja droga to ledwo sie w te wózki mieścili, i wszystko im się  wylewało po bokach… to te fastoody i przetworzona zmodyfikowana żywność. Powinni jeść kiełbasę:)
moje ulubione: najbardziej czekoladowy
naleśnik jakiego znalezlismy w USA –  i tyyyyle radości!
…i kwadrans pozniej, kiedy trzeba się poddać przed nalesnikiem:P


Rano zrobiliśmy sobie dalszą podróż do przeszłości, pojechaliśmy jeszcze raz w okolice Sports Arena gdzie byl Mcdonald, pozniej w okolice Convention Center i Navy Harbour gdzie stal lotniskowiec USS Midway i Bartus nie mógł stamtąd odejść. Potem odnalazłam swoje pierwsze mieszkanie na rogu logan i sigsbee. Bylo jeszcze gorzej niz to zapamiętałam. Nawet Bartus byl zaskoczony, bo do tej pory oglądał San Diego i powtarzał, ze nie jest tak źle. Ale dzielnica, w ktorej mamy motel jest tu chyba najbogatsza i nie ma tam bezdomnych. Za to w downtown, po prostu murzynowo. Szybko sie zawinęliśmy i przejechalismy jeszcze przez Gaslamp Quarter, ale nie mielismy czasu na spacery. Jeszcze maly przystanek w Horton Plaza w victorias secreet, i bylismy gotowi by oddac samochod ( czasowo, nie psychicznie). I tylko godzina obsuwy. Niezle!


a gdyby tak popłynąć…
i tylko czasu zabrakło. Lotniskowiec to atrakcja na cały dzien niestety

na rogu sigsbee i logan. lepiej nie jechac:)
Przy oddaniu samochodu okazało się, że przejechaliśmy 5200 mil – to ponad 8300 kilometrów. Wczesniej nie moglismy sprawdzic, bo od Moabu mieliśmy zablokowany wyświetlacz informacją, że trzeba olej wymienić. To prawie jedna czwarta równika. Sporo tego, czasem czuliśmy ze za duzo, bo codziennie po 6 godzin w samochodzie.

Podróż do San Diego zajęła nam ponad 2 godziny, i jeszcze przegapiliśmy końcowy przystanek. Zmienilismy więc plany i zamiast po kostiumy poszliśmy coś zjeść. Trafił nam się iście amerykański hamburger w amerykańskim barze z amerykańskim futbolem. Nadal nie wiemy o co chodzi w tej grze, ale był to chyba najlepszy burger w stanach jakiego jedliśmy. I porcja ogromna. Potem poszliśmy na molo i spacer po plazy. Poczuliśmy się jak na wakacjach:) Już nie musieliśmy nigdzie biegać, ani nic załatwiać. Po raz pierwszy mieliśmy chwilę czasu aby popatrzeć na miejsce w którym jesteśmy. Plaża super, fale ogromne, mnóstwo surferów. Zal wracać. Na kolację zjedliśmy znowu sushi, to już chyba 4rty raz z rzędu. Ale co poradzić, skoro w Kaliforni jest takie dobre… Tym razem normalne, z rybą na surowo. I znowu nam smakowało….



hamerykanski hamburger
taaa…. jesień w Kaliforni:)

Nawet przy pakowaniu nie wierzyliśmy, że już wracamy. Nie moglismy się zmieścić… jeszcze tylko zamówić taksówke i koniec. Jedziemy do domu:/




papaaaaa!

JESTEŚ TAM? TO PODZIEL SIĘ SWOJĄ OPINIĄ!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *